To nie ptak, to nie samolot – to dama z pochodnią! Jeśli zastanawiałeś się kiedyś, co robi ogromna zielona kobieta na wyspie przy wejściu do portu Nowego Jorku, to już śpieszymy z odpowiedzią. Mowa oczywiście o słynnej Statui Wolności, która na przestrzeni dekad stała się globalnym symbolem wolności, nadziei i… turystycznych selfie z dziwnym kadrowaniem. Ale zanim rozświetliła niebo pochodnią i zyskała status jednej z najbardziej rozpoznawalnych rzeźb świata, przeszła całkiem ciekawą drogę – dosłownie i w przenośni. Gotowi na historię, która łączy francuską finezję, amerykański sen i mnóstwo miedzi?

Francuski prezent z okazji urodzin… na opóźnieniu

Statua Wolności została zaprojektowana w XIX wieku przez francuskiego rzeźbiarza Frédérica Augusta Bartholdiego jako dar od narodu francuskiego dla Ameryki, upamiętniający stulecie niepodległości Stanów Zjednoczonych. Tyle że sto lat minęło w 1876, a dama postawiła stopy (a raczej cokołowy filar) na Liberty Island dopiero w 1886 roku. Dlaczego opóźnienie? Cóż, zbiórka funduszy po obu stronach Atlantyku szła jak po grudzie. Dopiero interwencja dziennikarza Josepha Pulitzera – tak, TEGO od nagrody – poskutkowała skuteczną mobilizacją finansową. Gdyby nie on, to dzisiaj moglibyśmy pozować na tle gołej wysepki.

Rozmiary mają znaczenie, zwłaszcza jeśli chodzi o posągi

Nie da się ukryć – Statua Wolności to kobieta, której nikt nie zarzuci skromności, przynajmniej jeśli chodzi o gabaryty. Cała konstrukcja mierzy ponad 93 metry wysokości, z czego sama figura ma 46 metrów. Jej twarz wzorowana była ponoć na matce Bartholdiego, ale na szczęście nie spowodowało to rodzinnej kłótni stulecia. Do budowy użyto około 31 ton miedzi i 125 ton stali – zastanawialiście się, jak wyglądałby rachunek za przesyłkę?

Pochodnia, korona i… łańcuch na nogach

Choć wszyscy kojarzymy pochodnię i koronę z siedmioma promieniami (symbolizujących siedem kontynentów lub oceanów – wybierz opcję pasującą do pory dnia), to wiele osób nie zauważa roztrzaskanego łańcucha u stóp figury, symbolizującego wyzwolenie z tyranii i ucisku. To nie tylko piękny symbol, ale również dobry temat do rozmowy, gdy już przebrnie się przez tłum gapiów na promie płynącym na wyspę.

Nie taka zielona z natury

Choć dziś nie sposób wyobrazić sobie Statui Wolności bez jej bluźniewnie zielonego koloru, pierwotnie dama była – uwaga – brązowa. Tak, z biegiem lat miedziowa powierzchnia utleniła się, tworząc charakterystyczną patynę, którą dziś tak kochamy. Być może to jedyny przypadek, kiedy rude wyszło z mody na dobre.

Statua jako celebrytka popkultury

Od występów w filmach („Dzień Niepodległości”, „Planeta Małp”, „Ghostbusters II”) po obecność w niezliczonych teledyskach, kreskówkach i memach, Statua Wolności to gwiazda pierwszej wielkości. Aż trudno uwierzyć, że przez pierwsze lata nie miała nawet statusu pomnika narodowego – nadano go dopiero w 1924 roku. Lepiej późno niż wcale!

Sporo hałasu o… śrubki

Z ciekawostek technicznych: metalowy szkielet statuy zaprojektował Gustave Eiffel – tak, ten od wieży w Paryżu. Dzięki temu wewnętrzna konstrukcja posągu przypomina bardziej mechaniczną wieżę Eiffla w sukience niż zwykły pomnik. To połączenie geniuszu rzeźbiarza i inżyniera sprawiło, że dama przetrwała wichury, huragany i najbardziej niezręczne Instagramowe kadry turystów.

Statua Wolności dziś – więcej niż tylko atrakcja

Dziś Statua Wolności to nie tylko najpopularniejsza atrakcja turystyczna Nowego Jorku, lecz także jedno z najbardziej rozpoznawalnych miejsc na świecie. Roztacza się z niej imponujący widok na Manhattan, a jej wnętrze można zwiedzać aż do korony – jeśli tylko masz cierpliwość, żeby wspiąć się po 354 stopniach. Więcej o tym fascynującym pomniku przeczytasz tutaj.

Choć może się wydawać, że to tylko ogromna dama z pochodnią, Statua Wolności ma ogromne znaczenie – zarówno historyczne, jak i symboliczne. Przewija się w filmach, książkach, na znaczkach, monetach i długopisach. Zachwyca i przypomina o wartościach, które mimo upływu czasu nadal są aktualne: wolność, nadzieja i marzenia o lepszym życiu. I choć stoi nieruchomo od ponad wieku, niewątpliwie porusza tłumy – dosłownie i w przenośni.